Muzeum Miejskie Dom Gerharta Hauptmanna

O polichromii

 

Dopiero po ponad dwudziestu latach od chwili powstania obszerny hol willi został wspaniale ozdobiony polichromią przez młodego wówczas malarza (a także z czasem i po trosze pisarza) Johannesa Maximiliana Avenariusa. Wcześniej pomieszczenie było białe, a następnie „wodnisto-niebieskie”.

W 1922 roku z okazji 60. urodzin pisarza hol, już bajecznie kolorowy, staje się ozdobą willi. Praca nad freskami, przy czym Avenariusa wspierał pomocnik Ernst Weise, trwała od lutego do końca września. Koszty wymalowania go freskami zostały w większości pokryte przez zaprzyjaźnionego z Gerhartem kolekcjonera silesiaków, bogatego fabrykanta z Neustadt O. S. (Prudnika) Maksa Pinkusa.

Hol, będący centralnym pomieszczeniem willi, prowadzi szerokimi schodami do wysokości pierwszego pietra, otoczonego drewnianą galerią wspartą kilkoma kolumnami. Jest on wysoki na dwa piętra (około 9 metrów).

Hauptmann przez szereg lat nosił się wprawdzie z zamiarem przemalowania pomieszczenia, nawiązał nawet odpowiednie rozmowy z kilkoma znanymi artystami-malarzami, jak Max Liebermann, Max Slevogt, Ludwig von Hofmann, Emil Orlik, ale ich propozycje nie znalazły aprobaty pisarza. Dopiero pełna fantazji wizja znanego mu od lat śląskiego artysty z Greiffenberg (Gryfowa) spełniła jego oczekiwania.

Johannes Maximilian Avenarius w swojej polichromii zawarł bajeczny świat egzotycznych zwierząt, ptaków, motyli i kwiatów, namalował szczęśliwe sceny z raju, jak np. roześmiane, grające na instrumentach muzycznych aniołki czy Adama i Ewę, spożywających owoce z drzewa życia. Dalej przywołał kolorowy świat otaczającej ich ziemi śląskiej, pełnej radości, festynów, a nawet miski wypełnionej kluskami. Wreszcie odwołał się także do twórczości Hauptmanna, ukazując np. wniebowzięcie Hanusi (niem. Hannele), bohaterki jednego z jego najgłośniejszych dramatów. Aby uhonorować głównych lokatorów willi, w malowidła wkomponował głowy grającej na skrzypcach Margarety oraz Benvenuto. Nie zapomniał też o cytatach z wysoce cenionego przez pisarza nieśmiertelnego twórcy „Fausta”.

Całość oszałamia orgią kolorów, urzeka różnorodnością tematyki. Według słów samego Avenariusa, polichromia sprawiała wrażenie „szlachetnej tapety”. Dzieło, namalowane na dużej powierzchni 485 metrów kwadratowych, spotkało się z całkowitą aprobatą Gerharta Hauptmanna, który powiedział do artysty: „Cieszę się ogromnie i życzę sobie tylko, bym żył na tyle długo, aby móc to wszystko, co mi Pan tutaj namalował, odkryć i tym wszystkim się nacieszyć.” Hol został wkrótce (prawdopodobnie przez samego Gerharta Hauptmanna) nazwany Halą Rajską (Paradieshalle) i określenie to funkcjonuje do dnia dzisiejszego.

Z czasem hol, oświetlany olbrzymim żyrandolem z brązu, a także płomieniami ognia z kominka, stał się lubianym przez domowników miejscem odpoczynku. To właśnie w pobliżu kominka, w wygodnych fotelach, Gerhart i Margareta chętnie pijali popołudniową herbatę. Olbrzymia hala była po latach wypełniona zabytkowymi meblami, rzeźbami z różnych epok (w tym dziełami sztuki sakralnej), obrazami, kilimami. Reprezentowane były różne kraje i epoki, przeważał gotyk i renesans, jak np. dębowa szafa z południowych Niemiec z drugiej połowy XVI wieku lub kredens z drzewa orzechowego z końca tegoż stulecia. Wymienić można również takie rzeźby, jak np. grupę Piety, figurę św. Małgorzaty czy anioła przywiezionego z Florencji. Uwagę zwracały także gipsowe odlewy posągów Gepy (żony grafa z bocznej linii Wettynów Wilhelma von Camburg, oryginał w katedrze w Naumburgu) lub woźnicy z Delf, zakupiony w Grecji w 1908 roku. Pisarz szczególnie lubił odlew popiersia Johanna Wolfganga Goethego, wyrzeźbiony przez cenionego artystę Davida D’Angers, otrzymany w prezencie od Margarety.

Freski w holu w swojej już ponad 100-letniej historii były poddawane renowacji, co było spowodowane m. in. zaciekami, powstałymi wskutek rozszczelnionego z czasem dachu, na co zwracała uwagę już Margareta Hauptmann, wyjeżdżając w 1946 roku ze Śląska. Pierwsza z nich nastąpiła za czasów „Warszawianki” w 1956 roku. Gruntowna renowacja „Hali Rajskiej” nastąpiła jednakże dopiero w latach 1993–1994, została ona przeprowadzona pod kierunkiem doświadczonego konserwatora z Bonn prof. Ferdynanda Justa. Pracę wykonał krakowski zespół konserwatorski Tadeusza Stopki. W myśl zaleceń Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Jeleniej Górze zabiegi konserwatorskie polichromii poprzedził konieczny remont dachu.

Warto dodać, że właśnie w holu willi odbywają się od kilku lat, przy udziale bardzo licznych widzów, interesujące spektakle teatralne (mające nierzadko wiele edycji), jak np. w 2018 roku pt. „Wyspa czyli Hala Rajska według Avenariusa”, oparty na wspomnieniach artysty z 1936 roku, opisujących pełną napięcia, trudną do wykonania pracę nad freskami, które do dzisiaj zachwycają gości odwiedzających Muzeum.


Bibliografia (wybór)

Avenarius Johannes Maximilian, Die Malereien in der Paradieshalle auf dem Wiesenstein, „Gerhart-Hauptmann-Jahrbuch”, Bd. 1, Breslau 1936

Avenarius Johannes Maximilian, Malowidła w Hali Rajskiej willi Łąkowy Kamień / Die Malereien in der Paradieshalle auf dem Wiesenstein, red. Janusz Skowroński, Jelenia Góra-Jagniątków 2018 [Seria wydawnicza Muzeum Miejskiego ‘Dom Gerharta Hauptmanna’ „Gerhart Hauptmann i przyjaciele”]

Bremer Jörg, In der Villa von Gerhart Hauptmann, [w:] tenże, Polen. Alltag, Stolz und Hoffnung, Braunschweig 1987

Tekst: Krzysztof A. Kuczyński

 

* * *

 

Prof. Johannes M. Avenarius

„Malarstwo w Rajskiej Hali willi Wiesenstein”

 

Tłumaczyła Katarzyna Schlesinger

 

W pierwszym półroczu 1921 roku przyszło mi doświadczyć ciężkiego, wewnętrznego urazu. W końcu odważyłem się poprosić Gerharta Hauptmanna o radę, ponieważ był tym, którego znałem już w młodości. Słyszał już o mojej rozbitej, pełnej zwątpień sytuacji i będąc gotowym mi natychmiast pomóc, zaprosił mnie bezzwłocznie do siebie.

Gdy zbliżałem się do jego wilii „Der Wiesenstein”, krocząc po jego działce w Jagniątkowie i mijałem staw, nagle ze świerkowego zagajnika wyłonił się lekko, na biało ubrany, uśmiechnięty i promieniujący jak ówczesny letni dzień Gerhart Hauptmann. Położył mi natychmiast swoją rękę na moich ramionach i powiedział: „Tak, wygląda pan na pogrążonego w zmartwieniu! Zapraszam do mojego domu, chcę panu coś pokazać! O panach sprawach porozmawiamy potem!” Odwrócił się i na nic nie czekając podążył do przodu, a ja za nim.

Staliśmy w dużym powitalnym holu.

Pełen aprobaty i serdeczności, delikatnie okazywanych, zaczął mówić jasno brzmiącym głosem: „Teraz proszę obejrzeć sobie po raz pierwszy…to wszystko…co tu jest!” Rozpostarł przy tym swoje ramiona, wskazując na wysokie ściany. Nie miałem całkowicie pojęcia o co mu chodziło i patrzyłem na niego, który milczał i był poruszony, pytającym wzrokiem.

„Uważam”, ciągnął dalej, „to nie może przecież… tu tak…pozostać, jak?” Wciąż jeszcze nie pojmowałem do czego zmierza. Pomyślałem sobie: czyżby chciał to odnowić? No tak, wymalowanie sali na nowo mogłoby niewątpliwie odświeżyć jej wygląd. Ten rozwodniony niebiański błękit ścian, wyblakły tak jak było to widać, wraz ze złotymi liniami obrysowującymi cokół, drzwi i okna, kontrastował, co nie ulegało wątpliwości, okropnie z monstrualna dębową ramą obrazu, znajdującego się na środku wysokiej ściany…, można było mieć wrażenie, że zaraz zleci ów obraz na głowę…

 Gdy miałem tego rodzaju przemyślenia, zauważyłem, że Hauptmann przygląda mi się, na swój sposób figlarnie lecz zarazem bardzo uważnie. W tym momencie padło z jego strony zachęcające słowo. I odezwałem się: „Nowy, ale ciemniejszy pokład farby byłby całkiem dobry dla spójności wyglądu holu..” „Ależ nie!” przerwał mi natychmiast, „ Tak pan uważa? Ale co to oznacza – to jest nic!” Następnie poruszył rękoma, wymachując nimi. Po długiej przerwie, podczas której stałem jak ściśnięty, westchnął głęboko i powiedział: „Nie, nie! Jak by to było… gdy pan…mi… tu tak” i kręcąc się dokoła siebie, wymachując rękoma znów we wszystkich kierunkach, „cały hol … mam na myśli… w y m a l o w a ł?”

Opowiedział mi potem, że zbladłem po tym śmiertelnie i że musiał mnie wziąć pod rękę, aby mnie wesprzeć.

Potem jednak wezbrała moja radość! Ja i Hauptmann popuściliśmy wodze fantazji i całą naszą wyobraźnię na całego. Życzenia i myśli poganiały się nawzajem. „Taaak… święty kraj… wie pan… na wieki!” tak unosiliśmy się niemal w powietrzu. On i ja. „Tu, na całej, dużej ścianie… wszystko pełne Aniołów, baśniowych zwierząt, motyli… najwspanialszych ptaków… kwiatów… niekończącej się muzyki! Przewodnicy niebiescy i na górze Bóg Ojciec! …I Adam i Ewa spożywają z drzewa życia!.. Hannele podąża z dziecięcym orszakiem … przez święte miasto do Królestwa Niebieskiego!” tak krzyczeliśmy. „A wszystko to musi być przepełnione świętym zgiełkiem!”

Potem znów następowały pytania: „A co naniesiemy tu?…a tam?” I natychmiast pojawiało się rozwiązanie: „Tu na łukach podporowych krużganka będzie wszystko, co Ślązak uważa za konieczne, by się znalazło w Niebie: kury i gęsi, kozy i krowy, odpust i festyn strzelecki … pełne misy klusek, fajki napełnione tabaką i drzewko bożonarodzeniowe… Wszystko obok siebie i ze sobą zmieszane, tak jak przystało niebiańskiej radości!” I tam będzie to – a w tym miejscu owo! Podczas tych pięciu minut cała sala została wymalowana naszymi oczami. –

Kto komuś pogrążonemu w biedzie przydziela, jako pocieszenie, takie wspaniałe zadanie?! Potwory mojej niedoli zostały przegnane – cóż jeszcze mógłbym dodać? To było jak odurzenie, poddawające mnie oszałamiającemu nastrojowi. „Tak jak opowiada pan swoje historie” podsumował Hauptmann, „tak powinien pan to namalować! Proszę pozwolić sobie o tym fantazjować, pan wie, kocham to!”

Pośpiesznie wróciłem do Berlina. Przyjaznym wydał mi się widok mebli i sprzętów w atelier. Zabrałem się natychmiast do pracy.

Wielkość ściany miałem określoną jedynie w ogółach! Namalowałem na początek szkic w skali jeden do dziesięciu, po czym miałem zamiar wykonać szczegółowy projekt umożliwiający przeniesienie go w sposób szybki i łatwy na ściany, poprzez spotęgowanie wielkości.

Dzięki wielokrotnym wizytom w domu Hauptmanna miałem dokładny, dotychczasowy obraz holu przed oczyma: był długi i wąski oraz miał dziewięć metrów wysokości. Przy jednej węższej ścianie ciągnęły się na górę schody prowadzące do korytarza, z którego wychodziły drzwi do pomieszczeń znajdujących się na górze. Ten korytarz był dalszym zwężeniem o dobre 1,5 metra, mniej więcej 6 metrów szerokiej sali. Na dole malowidło mogło się dopiero zaczynać na wysokości 1,8 metra od zakreślonego cokołu, w który wpuszczone są okna i drzwi.

Oglądanie wielkiej ściany możliwe było z wielu miejsc: z dołu, po środku, na wprost i w we wszelkich innych kierunkach na długości; następnie ze stopni schodów, patrząc na stronę i w końcu z korytarza położonego na górze, spoglądając na dół. W pomieszczeniu tym musiało być spełnione dążenie do osiągnięcia, poprzez malowidło, wrażenia większej przestrzeni i światła. Duże i szerokie zamalowane powierzchnie, zawierające kompozycje figur rozmiarów ludzkich, dodatkowo malowane jasną farbą, mogły przybliżyć ściany i w efekcie sprawić wrażenie pomniejszenia pomieszczenia. Tak więc zdecydowałem się wprawdzie na większe grupy, ale z małymi postaciami i szczegółami, które zmniejszały się, przechodząc ku górze.

Szkic był wkrótce gotowy. Zanim jednak miałem z niego uczynić właściwy projekt, musiał go zobaczyć Hauptmann.

Podczas jednego z jego pobytów w Berlinie, zaprosił mnie do hotelu. Punktualnie o dwunastej pojawiłem się. Nie mogę temu zaprzeczyć – byłem niezwykle przejęty! Hauptmann oświadczył, że musi udać się jeszcze do lekarza i zapytał, czy nie mógłbym z nim pójść. „Trzymaj się go mocno!” pomyślałem i podążyłem za nim. Według mnie wizyta u lekarza trwała niezwykle długo. Gdy Hauptmann wyszedł, było już kwadrans po pierwszej! Wiedziałem, ze o drugiej godzinie u Hauptmannów podaje się zwykle do stołu. Moją skromną prośbę o zamówienie auta odrzucił: „Ależ skąd! Dlaczego? Czy jest to aż tak daleko? – Weźmy spokojnie tą przytulną dorożkę.” I tak jedna z najstarszych konnych dorożek Berlina zawiozła nas na miejsce. Do mojej pracowni dotarliśmy dopiero krótko kwadrans przed drugą.

Ten idylliczny zakątek starej części Berlina jest wart uwagi, ponieważ to on wprawił wyraźnie Hauptmanna, przyjaciela południa, we właściwy nastrój dla odbioru mojego dzieła! Naprzeciw końca ulicy Hedemannstraße, na ówczesnej Königgrätzer Straße, żelazna brama zamykała szerokie, zielone porośnięte starymi drzewami podwórze, które było otoczone częściowo stojącymi w kręgu domami, wybudowanymi w stylu Schinkel’a. Wcześniej miały w tym miejscu swój schron pocztyliony. Potem rozbudowano dla urzędu poczty znajdujące się obok podwórze wraz ze sporymi stajniami dla koni. Lecz i one w między czasie znikły z powierzchni. „Poezja” tamtych lat sięga właśnie tego czasu. Razem z milionami mysz, z których mnie niektóre, najprawdopodobniej wciąż te same, odwiedzały dniem i nocą. Dziwnym sposobem pokazywały się one zawsze o określonych porach: rano o ósmej, w południe o drugiej i tak dalej. Stawały słupka i domagały się swoimi czerwonymi oczkami pożywienia, które chętnie im wtedy dawałem. Ponieważ nie łapałem ich, odwdzięczały mi się wciąż tego rodzaju ceremoniałem.

W ówczesnym czasie panowała wśród Berlińczyków wynikająca z inflacji bieda. Z tego powodu moja gospodyni hodowała białe kozy. Były wspomnieniem „jej Włoch”, kraju jej młodości. Jej ojciec był rzeźbiarzem i miał z Böcklin przyjacielskie stosunki. Kobieta ta, która podpisywała się dumnie, na kwitach potwierdzających odsetki z tytułu czynszu jako„Margherita”, nosiła bogato zdobione stroje, osłaniane zarówno zimą jak i latem kapeluszem z wielkim rondem, który pełnił niemal funkcję parasola. Była niezwykle dumna z tego, ze Böcklin objęła rolę Chrzestnej na jej chrzcie w Rzymie. We wszystkich relacjach istniejących w tym artystycznym zakątku była duszą chronioną, ponieważ jej ojciec udzielał się w atelier. Gliniani i gipsowi świadkowie jego twórczości, przeważnie antyczne kolumny, stali na zapadających się rabatach wokół podwórza, na nich popiersia cesarzy z fragmentami pióropuszy od hełmów, z grubymi orderami lub z putto bez głów i rąk, które stawały się stopniowo ofiarami szyderczej młodzieży.

 Mało ludzi odwiedzało podwórze, dlatego też koza „Elli” mogła bez przeszkód przechadzać się wśród kur. Teraz, gdy nagle pojawiliśmy się tam z Hauptmannem, wyszła mu natychmiast po przyjacielsku naprzeciw, co wprawiło go w zachwyt. „Ma Pan tu prawdziwe Włochy,” wołał, „taki zakątek zawsze sobie życzyłem! Czy nie ma tu żadnego wolnego atelier dla mnie?”

Ale to jeszcze nie wszystko. Było i lepiej! Siostra kozy o imieniu „Elli”, zwana „Lotte”, mieszkała w środku domu na jednym z podestów, całkowicie zaciemnionej i pełnej zakamarków klatki schodowej. Było to naprawdę ciężkie rozeznać się tam gdzie i co; dziś okazało się być pomocne światło z zapałek. Nie można stwierdzić, by koza „Lotte” dbała specjalnie o czystość. Jej zagródkę stanowił podest przy schodach o powierzchni mniej więcej czterech metrów kwadratowych. Stała tam na małej ilości słomy i stawiała spore wymagania mieszkańcom atelier, ponieważ jej stodółka nie miała żadnego odpływu. Było to tym mocniejsze, że umiejętności gospodarcze dystyngowanej Pani domu nie wystarczały, by ów porządek w stodółce utrzymać. Lotte przywitała gościa i mnie w tym dniu ze szczególną miłością i naparła na nas z rzucającą się w oczy gwałtownością. Hauptmann głaskał zwierzę, nie zważając na bajoro w którym stał i znajdował wciąż miłe słowa dla kozy. W każdym razie podczas tego powitania minęło następne pięć minut, tak dla mnie wtedy cennego czasu, który planowałem przeznaczyć na swoje cele.

Po dwóch krokach, brodząc w błocie, uczyniliśmy parę następnych po wiodących ku górze schodach. Tym razem stanął na nowo zdziwiony Hauptmann, zatrzymany przez drzwi korytarza. Stał skupiony i pełen czci. Przy drzwiach wisiało bowiem ponad dziesięć blaszanych skrzynek na listy i wiele niezliczonych, przeważnie całkowicie zakurzonych wizytówek, zawiadomień listonoszy i tym podobnych, mimo że, jak wcześniej powiedziałem Hauptmannowi, mieszkało na piętrze wraz ze mną trzech lokatorów. Hauptmann potrząsnął głową, uśmiechając się po czym musiałem mu dokładnie wyjaśnić o co chodzi w temacie drzwi: w czasach walk Spartakusa [Związek Spartakusa (Spartakusbund) – ruch radykalnej lewicy wspierający podczas pierwszej wojny światowej Karla Liebknechta i Rose Luxemburg (przyp. tłum.)] o pozyskanie rejonu dla gazet, ciężko uzbrojeni docierali aż do tych drzwi; mieszkańcy byli już doprawdy zatrwożeni swoim życiem w skutek toczących się działań wojennych, ale pewnego razu usłyszeli oto na zewnątrz przerdzewiały głos o berlińskim akcencie: „Człowieeeku, gdzie tak dużo ludzi pod jednym dachem mieszka, nie ma nic do odziedziczenia!” W odpowiedzi na to zbiegli na dół wszyscy tam zgromadzeni, potykając się i oddalili się. I znów straciłem parę następnych minut na te wyjaśnienia! ”Bez mała, na popiół Feniksa wygląda mi to otoczenie”, śmiał się Hauptmann i wszedł za mną.

I dalibóg! Na białym kokosowym dywanie zabawiała się parka myszek. Stając słupka zatrzymały się, obeszły dokoła obcego przybysza, by mu się lepiej przyjrzeć, po czym oddaliły się w kierunku regału z książkami. „No rzeczywiście!” wołał Hauptmann „Pańscy przyjaciele również tu są!” Teraz stanął, milcząc na wprost projektu malowidła na dużą ścianę Rajskiej Hali. Stanąłem z boku by opanować swoje emocje i popatrzyłem na zegarek. Było już za pięć druga! Hauptmann stał mocno skupiony, przystępował z nogi na nogę, poruszał się to do przodu, to do tyłu, zakładał okulary, po to by za chwilę je zdjąć. Jego potężne czoło wysuwało się i ukazywało głębokie zmarszczki, po czym znów zatapiało się niczym kurtyna opadająca po wielkich zdarzeniach. Szczęśliwe połyskiwanie jego oczu skierowało się teraz w moim kierunku i odezwał się: „Taaak – to jest potężne Sursum corda! Winszuję panu i sobie! Takie właśnie pragnę to mieć! Tu na potwierdzenie naszej umowy zlecenia… moja ręka jak przystało staremu dobremu zwyczajowi!” A w mojej księdze pamiątkowej wpisał: „Hol będzie wymalowany. 26 stycznia 22. Gerhart Hauptmann.” I tak pojawił się jeden szczęśliwiec więcej!

Potem zeszliśmy znów na dół. Ale tym razem koza Lotte nie zajmowała się już nami. Miała inne, ważniejsze zajęcia. Hauptmann zamyślił się i pokiwał głową. Całkowicie poruszony uśmiechnął się: „Proszę tylko na to popatrzeć! To jest dopiero miłe!” W ciemności stodółki odkryłem wzrokiem na podeście Lottę, zajętą dwoma małymi koziołkami. W międzyczasie zdążyła je wydać na świat. Hauptmann poklepał mnie po ramieniu i śmiał się: „Ogłaszam je uroczymi patronami pańskiego dzieła!”

 

*

 

Po czternastu dniach od ustanowienia zlecenia, w środku ciężkiej górskiej zimy, prace w Jagniątkowie zostały rozpoczęte. W domu panowała temperatura minus osiemnaście stopni! Ogrzewanie domu zawiodło. Zbudowaliśmy awaryjny piec z długimi, pogiętymi rurami prowadzącymi do komina. Duże rusztowanie zostało rozstawione. Na podłogę, dla ochrony jej kafli, wysypaliśmy sześć wozów trocin. Rozpoczęliśmy od umycia starej pokrywy niebiańskiego błękitu. Woda, którą spłukiwaliśmy ścianę zamarzała natychmiast między szczotką a ścianą, tworząc wzory oblodzonych kwiatów. Odmrażaliśmy je za pomocą lampy lutowniczej, należącej do opiekuna domu Fritza Fischera. Taki srogi atak zimy odchodził po to, by znów powrócić z takim samym natężeniem jeszcze trzy razy.

Rozmiary mojego szkicu, które z powodu przyspieszonego rozpoczęcia prac w sali, nie mogły zostać przeniesione na właściwy projekt, okazały się kompletnie nieprawidłowe. Zamiast pięciu metrów na dziewięć zmierzyłem teraz ku przerażeniu sześć i pół metra wysokości i dwanaście i pół szerokości ściany! Te tak łatwe przeniesienie projektu na ścianę poprzez spotęgowanie rozmiaru z planu, okazało się niewykonalne. Zamiast tego wszystko musiało zostać ręcznie przekomponowane, narysowane i wszystko, co było pobieżnie wykonane w szkicu, musiało teraz nabrać formy. Ernst Paul Weise, mój pomocnik przyrzekł Hauptmann’owi, że prace do zakończenia malowidła, będą trwały trzy miesiące. Przez ten czas chcieli oni pozostać poza domem, by nam nie przeszkadzać. Im więcej pracowaliśmy, tym więcej okazywało się pracy do wykonania. Pełna polotu i fantazji wizja dzieła z wieloma figurkami i detalami, nie pozwalała na szybkie malowanie. Pracowaliśmy jak starzy: podczas gdy ja stałem na chyboczącej się desce przy ścianie, mój pomocnik siedział w sporej odległości za mną i obserwował rezultat naniesionej farby. Farba musiała być nanoszona na jeszcze mokre uprzednio nałożone maźnięcie pędzla. Poprawki na wyschniętej już farbie, nie były prawie możliwe. „Więcej niebieskiego!” tak przykładowo krzyczał Weise, „jeszcze więcej niebieskiego! Teraz jaśniej! Jeszcze więcej białego! – wciąż jeszcze więcej! No, tak będzie już dobrze!” Szkic znajdował się w miejscu, gdzie i ja i on mogliśmy go dobrze widzieć. Wiele części powstało bezpośrednio pod pędzlem podług wskazania Hauptmanna: „Niech pan pozwoli sobie fantazjować bezpośrednio w malunku!” Jednocześnie jednak owe „plastyczne” malowanie w tejże sali nie mogło w pełni zaistnieć ze względu na „powierzchnię” i „przestrzeń”. Już na samym wstępie gama użytych kolorów miała mieścić się w tonacji mieniącego się opala i właśnie według niej każda następna farba podstawowa i jej odcienie miały być wymieszane i zgromadzone w naczyniach, tak by były potem w każdej chwili dostępne. Tylko w taki sposób mogła być zapewniona harmonia w kolorystyce. Sposób malowania z „palety farb” nie zdałby egzaminu na dużej ścianie. Ukończone malowidło ścienne powinno robić wrażenie niczego innego, jak wartościowej tapety. Właśnie w tym zawiera się żądanie o zachowanie dyskrecji w stosunku do mieszkańców pomalowanych pomieszczeń, dla których malowidło w dniu codziennym jest jedynie kolorowym otoczeniem, które dopiero po uważnym przypatrzeniu się, odsłania swoje konkretne kolory, postaci i treści.

Pracowaliśmy od samego rana do późnej nocy bez ustanku. Odmawialiśmy sobie odpoczynku. Weise, poprzez powierzone mu zadanie jako „obserwatora kolorów”, bywał bardzo wyczerpany i to o wiele bardziej niż ja, który mogłem wymyślać i tworzyć. Czas mijał błyskawicznie.

Gdy… nagle, na początku maja przyszedł telegram od Hauptmana, który oznajmiał jego powrót na następny dzień z Liberca. Ta wiadomość sparaliżowała nas!

Wprawdzie przednie części „łuków podporowych” były już gotowe, zwłaszcza wszystkie elementy dotyczące treści jakie Ślązak chciał mieć w niebie, tak na dużej części ściany, patrząc od góry w dół, skończona była tylko nieco więcej niż połowa. Rusztowanie musieliśmy koniecznie usunąć! Najpierw jednak trzeba było zamocować na suficie lampę oświetleniową: wielkie słońce z mosiądzu. Z rusztowań miało pozostać tylko jedno przy oknie, reszta mogła być usunięta. Jak wspomniane już wcześniej sześć wagonów trocin, musiały być wyrzucone. Personel poczuł się postawiony niczym przed pracą równą sile Herkulesa, pokojówki płakały ze zwątpienia. Szuflowaliśmy, wywlekaliśmy do samej nocy. Jednak o zakończeniu robót nie mogło być mowy. I co powiedzą teraz państwo Hauptmann? Odczuwaliśmy pełną zwątpienia sytuację: czy będziemy musieli zaprzestać i dalsze malowanie przedłużyć o następne parę dni? Zdawaliśmy sobie dokładnie sprawę z tego, że będzie to dla Hauptmannów uciążliwe i nie do zniesienia, gdy prace się przeciągną.

Na następny dzień przybyli do willi Wiesenstein wraz z paroma innymi gośćmi. Co to będzie? Lecz Hauptmann wspiął się natychmiast do nas na rusztowanie i był pełen podziwu i zadowolenia, że jesteśmy tak zaawansowani w swojej pracy! Nie sądził, że robota jest aż tak daleko posunięta. Zasypał nas superlatywami przepełnionymi radością i wdzięcznością, wzmacniając nas niezwykle, dodał jednak, że ciągłe podróżowanie męczy go i byłoby jego wielkim życzeniem osiąść w domu i zacząć spokojnie i intensywnie pracować.

Po tej jego reakcji nie było już powodu, by nieukończone prace nas niepokoiły. Mimo to trapił nas fakt, że nie oddaliśmy mu i jego małżonce domu w stanie przydatnym do swobodnego mieszkania. Pracowaliśmy niestrudzenie każdego dnia od świtu po zmierzch. Dla poczynienia postępów czuliśmy się zobowiązani podziękować za posiłek podawany w południe – jedynie gorącej przekąsce w otoczeniu ogrodu i drzew nie mogliśmy się oprzeć.

I tak powoli wielka ściana rajska stawała się gotowa.

Główną grupę na środku ściany stanowi „rozgrzeszona para ludzi”, która w raju Hauptmanna spożywa bez obaw z drzewa życia. Archanioł Gabriel ze swą tarczą, uśmiechając się przelatuje obok i pociąga za sobą cały rój muzykujących aniołów. Pod spodem widnieje głowa chłopca Benvenuto Hauptmanna. W koronie samego drzewa życia mrowi się od cieni nadciągających putto. Różnorodność owoców ukazuje swój blask. Na tle matowego błękitu pobłyskuje pomalowana na czerwono łuszczyna, będąca symbolem urodzaju. Nie brakuje również węża przy Ewie: stalowoniebiesko i srebrnoszaro połyskuje wokół gałęzi. Podłoże i krzewie porastają egzotyczne kwiaty i zamieszkują motyle, wielokolorowe płomienie życia, tańcząc okrążają szczęśliwą parę. A tuż obok węża wyrastają białe lilie, świadczące o radości czystych jak dziecięce serc.

Na prawo od tej grupy unoszą się niebiescy przewodnicy, do których dołączają bardziej dojrzali Ślązacy, ubrani w stroje ludowe, niektórzy z nich są prowadzeni przez anioły, ponieważ sami są zbyt kruchej natury. Na samej górze zasiada na tronie sam Bóg Wszechmogący, który łaskawym gestem przyjmuje przybyłych. W bramie wjazdowej do Nieba, którą wszyscy muszą przekroczyć, wisi, jak w wiejskim kościółku, wielki żyrandol z płonącymi świecami. Ponad wszystkim górują organy, które sięgają nieskończonej przestrzeni. Całość ta stanowi drugą grupę w całej kompozycji o odmiennym natężeniu światła. Poniżej tej grupy przelatują anioły z drogocennymi instrumentami muzycznymi. Jednym z nich jest lutnia z połyskującą intarsją. Inny anioł trzyma w swych ramionach osobliwe organy, naciska na ich klawisze, a nadchodzący wiatr wiejący z naprzeciwka, zdaje się móc zastąpić powiew dźwięków muzyki. Poniżej, ponad skałami pokrytymi lodem i śniegiem, rozciąga się łąka, pełna wiosennych kwiatów porastających nasze góry: wszystkie one kwitną tu w jednym momencie. Całkowicie po prawej stronie przy oknie, jako zwieńczenie wznosi się cudowne drzewo, w którego konarach pobłyskują kwiecie i owoce. Przed burzowymi chmurami unosi się dym i wzbierając na gęstości, przeobraża się w postaci Aniołów. Wokół dolnej części pnia unoszą się trzy inne Anioły połączone w świętym korowodzie.

Stojąc na górze w korytarzu, ma się bezpośredni ogląd trzeciej grupy: na dole leży na stromych skałach święte miasto wraz z jego wieżami i murami, miasto te Gerhart Hauptmann stworzył w swoich wersetach, nazywając je prawdziwie nieziemskim. W miejscu tym podjąłem próbę zobrazowania przybycia do Nieba dziecka, unaoczniającego wniebowstąpienie Hannele. Naturalnie tylko niewiele elementów cennej twórczości Hauptmanna mogłem, poprzez różne formy i odcienie kolorów, przelać na malowidło. Na pierwszym planie, przed świętym miastem wyłania się następne baśniowe drzewo, z którego wybija źródło i rozpryskuje się aż po wieniec uwity z palm. Przez luki w wieńcu przenikają anielskie dzieci, podążając za uwieńczoną Hannele, którą odzianą w ziemską koszulę prowadzi do Nieba Bram pełen mocy Cherubin. Oświetlony portal uchyla swoje wrota i święta kraina wita ją z rozpostartymi ramionami. Gromady Aniołów podlatują z przeróżnymi potrawami, napojami podanymi w wazach, półmisach i pucharach. Promienie światła rozpościerają się stąd na postaci Ewy i Adama, przenikają gałęzie, na których ptaki śpiewają i rozkoszują się tą chwilą. W prześwicie na samym środku, unosi się śpiewający skowronek. Istnieje szczególny związek między tym co się przedstawia malowidło a samą Halą Rajską. –

Mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Zapach nie lubianej nazbyt tabaki, który z naszego powodu ulatniał się w domu Hauptmannów – choć za ich pozwoleniem – zmieszany z eterem wilgotnych i suchych farb, kurzem unoszącym się z rusztowania, który był nie do uniknięcia i nie był z pewnością po to, by hasło „malarze w domu” uczynić przyjemniejszym. Czasami wychodził niepostrzeżenie z pokoju do nas Hauptmann, odkładając swoją pracę, żartował z nami i cieszył się z tego, co już dokonane i z tego, co dokonywane. Do willi „Wiesenstein” w tym czasie przybywało wielu szczególnych gości, był to rok, w którym Gerhart Hauptmann obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny. Przybył również Max Slevogt, znaczący znawca kolorów i grafiki. Zaraz po swoim przybyciu wspiął się do nas na chwiejące się rusztowanie, co wzbudziło nasze o niego obawy. Ten pożyczył nam szczęścia. Wyglądał na radosnego, ugruntowany przez swoje doświadczenie, jakby był w stanie z pośrednich tonów kolorów czynić najjaśniejsze, stał tak pełen głębokiego szacunku przed długim rzędem naczyń wypełnionych farbami potrzebnej nam gamy kolorów, co w efekcie wprawiło nas w zakłopotanie, tak jak i skromność tego znaczącego wśród artystów człowieka, który przed nami zdawał się zachowywać jak zwykły uczeń! Potem przyszedł Ludwig von Hofmann i w bardzo ciepły sposób uznał naszą pracę. Za każdym już razem doświadczaliśmy w domu Gerharta Hauptmanna wspaniałych wieczorów.

Kilka dni potem doświadczył jednak Hauptmann sporego szoku.

Malowałem akurat „ścianę płomieni”. Plan dla niej sporządziłem nocami w hotelowym pokoju. Obraz ten został umieszczony na ścianie, po której drugiej stronie znajdowała się górna część pracowni Hauptmanna. Obraz ten przedstawia: z ziemi, wody i powietrza powstaje płomień i dym. Z niego wyłaniają się Aniołowie, którzy gromadzą się w kręgu i otaczają symbol Wieczności (wąż, który pochłania swój własny ogon). „Hołd żywiołów dla wieczności”, tak ochrzcił potem Hauptmann ten obraz. Na tej właśnie części ściany, przy wiodących ku górze schodach, mogło być namalowane wiele delikatnych detali, ponieważ oglądający miał odpowiednią do ich obserwacji perspektywę. Rzadkie, urokliwe w swej delikatności kwiaty mogły być tu odtworzone, motyle z ich drogocennymi skrzydełkami, grzybnie i kolorowe kamienie również.

W ten nieszczęśliwy dzień zaczęliśmy wcześniej niż zwykle, aby mieć więcej czasu na namalowanie za jednym razem trzymetrowej połaci mieszczącej żarliwe płomienie. O wpół do dwunastej Hauptmann został poproszony do telefonu. Właśnie skończyliśmy malowanie największego płomienia i spoglądaliśmy w dół sali. Hauptmann stał jak skamieniały, jego palce niczym obce ciało dotykały jego czarnych okularów, które trzymał przed piersią, jego wzrok był zawieszony w pustce. Stał tak przez dłuższy czas. Potem podniósł swój zmartwiony wzrok w naszym kierunku ku górze. Dowiedzieliśmy się, że jego przyjaciel z młodości właśnie umarł. Odłożyliśmy sprzęt do malowania i poszliśmy.

W końcu i ściana płomieni była gotowa. Ostatnia część wielkiego rusztowania została wyniesiona z sali! Wszyscy odetchnęliśmy i nie robiliśmy z naszej radości żadnej tajemnicy. Mimo to pracowaliśmy dalej.

Staliśmy na koziołkach zrobionych z desek i malowaliśmy. Tak powstał „Posiłek dziewięciu muz” na ścianie, za którą skrywała się cudowna jadalnia w domu Hauptmanna wraz z jej kosztownościami.

Obraz przedstawiał muzy zasiadające do niebiańskiego stołu, pokrytego białym obrusem. Na środka stołu wznosi się wypolerowana zastawa stołowa z owocami, a ponad nią w tle koloru ciemnego granatu gór, prezentuje się wszelkiego rodzaju zwierzyna. Poniżej siedzą muzy, owinięte strojnymi szalami, przepełnione pełnym swym niebiańskim czarem, każda w swoim rodzaju i wyczekują cierpliwie posiłku. Skłaniają się nieznacznie ku sobie i prowadzą rozmowy. Anioły ze stosami talerzy podlatują do stołu, ostatni wnosi zupę w pięknej, starośląskiej, fajansowej wazie. Jeden z aniołków przypominających dziecko, nalewa wino łukiem do szklan z kryształowej butelki. Niektóre z muz mają rysy drogich pokrewnych i przyjaciół domu Hauptmanna. Na ścianie obok, znajdującej się w prawym rogu od malowidła z muzami, za którą jest pomieszczenie do przygotowywania posiłków, wnoszą lecący aniołowie rajskie potrawy w wazach o pięknych formach. Tło stanowi skaliste góry wieczorową porą, utrzymane w tonacji głębokiego błękitu.

Podczas tej pracy zauważyłem nagle, że tracę wzrok, wszystko stanęło w miejscu! Pojechałem natychmiast do Jeleniej Góry. Wyglądało na to, że nie jestem w stanie zbyt długo wytrzymać kontrastu niebieskiego z żółtym, który to w tym malowidle wiódł prym. „Zaprzestać! Wypocząć! I to natychmiast!” tak brzmiał bezwzględny nakaz lekarza. Co teraz? Gdy wróciłem do Jagniątkowa byłem całkowicie rozbity. Runąłem tak, że musiałem być zaniesiony do łóżka. Dopadły mnie straszliwe koszmary. Dostałem środek nasenny. Przespałem całe dwa dni i dwie noce.

Potem już z pozyskanymi na nowo siłami doprowadziłem dzieło do końca. Państwo Hauptmann, ku mojej uciesze, byli w tych dniach w podróży, tak więc pracowaliśmy również nocami, by nadrobić powstałe zaległości. Od sześciu i pół miesiąca pozwoliłem sobie na jedyne trzy dni odpoczynku, które spędziłem świętując we Wrocławiu sześćdziesiąte urodziny Hauptmanna Po dwóch dniach było gotowe ponad drzwiami biblioteki i „źródło wiecznej młodości” z panującym dokoła jej wesołym gwarem. Tu wszyscy starzy i ułomni stają się młodymi, i tu odmłodzonym darowane są najpiękniejsze skrzydła; dalej są oni odsyłani przez Anioły na pokryte kwieciem wzgórza, gdzie mają możliwość wypróbowania swoich skrzydeł wzlatując ponad swoją niedolę ku złotemu światłu słońca. Właśnie w tym miejscu holu, pod korytarzem panuje półcień, który umożliwił wymalowanie tegoż światła, dla uzyskania lepszego efektu, prawdziwie złotą farbą. Ona nadaje całości malunku punkt oparcia i klaruje oraz porządkuje zarazem poszczególne grupy kompozycji poprzez połyskujące obrysy.

Patrząc stąd w prawym rogu znajduje się ponad drzwiami jeszcze jedna powierzchnia ściany, która prowadzi do sali muzycznej Hauptmannów; na prawo od niej został wymalowany „Posiłek Muz”. Na tej małej powierzchni, w tych dniach została naniesiona „Święta Cecylia”. Na cześć pani Margarete Hauptmann gra ona na skrzypcach. Jest ona otoczona blaskiem purpury, tańczącymi, ją to muskającymi, to od niej się oddalającymi płomieniami. Na wieczornym niebie widnieje wzrastający księżyc, który połyskuje wieczorną gwiazdą do lewicy Cecylii.

W tym czasie powrócili Hauptmannowie do domu i uszczęśliwieni obejrzeli co powstało nowego. „Wkrótce będziemy gotowi!” oznajmiłem triumfalnie, „teraz to już tylko mała chwilka!”. Hauptmann wziął mnie jednak pod rękę i powiedział: „Ależ proszę sobie dać czas! Na Wolę Nieba cóż ma to znaczyć! Dla mnie czas pańskiego tworzenia jest niewyrażalnie interesujący. Cieszę się niezmiernie i życzę sobie, by starczyło mi lat życia po to, by wszystko co pan tu namalował odkryć i tym się cieszyć!” A gdy obrócił się raz jeszcze w kierunku ściany, zobaczył wymalowany jak na kobiercu napis – wiersz, który odczytał z uśmiechem i w głębokim skupieniu:

„Kogo byś nie opuścił, Geniuszu
Nie deszcz, nie burza
Przyciągną ulewę sercu.

Kogo byś nie opuścił, Geniuszu,
Chmurom deszczowym będzie
Gradobiciu będzie
Naprzeciw śpiewał
Jak skowronek,
Ty, tam na górze”.

„Jak skowronek, Ty tam na górze!” powtórzył Hauptmann teraz głośno, podniósł wzrok ku górze i pozdrowił skowronka, namalowanego przeze mnie na górze obrazu Hauptmann powiedział mi raz, że ta „Wędrowna pieśń burzy” Goethego, należy do jego ulubionych.

Teraz też odkrył pomalowane na niebiesko owalne pola w „Śląskim Państwie Niebiańskim”, które wznosiły się nad nim, a były pod górnym korytarzem: jedno z pól zawiera imię i pochodzenie moje i mego współpracownika Weise; jako ozdobnik krawędzi jest wymalowany napis, będący przewodnim powiedzeniem moich przodków w Versalii: „Skromność i prawość ostoją w oczekiwaniu na Ciebie, Panie”. Ozdobą innego pola koła jest powiedzenie Goethego: „Jeśli chcesz się pokrzepić w całości, musisz ujrzeć całość w najmniejszym szczególe.” To pole zawiera daty powstawania malunku. Hauptmann czytał je uważnie i był z nie mała zdziwiony, gdy zaczął czytać również datę ukończenia dzieła. Przeczytał: „25 września 1922, południe, godzina pierwsza”. Wyjaśniliśmy mu, że wstawiliśmy tą datę tak szybko i zdecydowanie, żeby wyznaczyć sobie jasno określony cel!

Do wymalowania były już tylko arabeski z kwiatami i zwierzyną od strony komina i na górze na ścianach korytarza. I na koniec kawałek ściany „Poranek jesienny”. Każdy, kto zna Karkonosze, kocha ponad wszystko jesienne dni, kiedy to kryształowe powietrze pobłyskuje żarem kolorów jak opal.

Podczas gdy wykonywaliśmy tą pracę, Emil Orlik uprzyjemniał nam czas swoją pogodnością i dodającą otuchy radością. Sprawiał, że czuliśmy się jak sprinterzy, którzy tuż przed metą zostają mocno zdopingowani. Nie było już problemem dotrzymać terminu ukończenia prac.

Tego dnia wieczorem usiedliśmy wspólnie wszyscy w świątecznym nastroju. Byliśmy uradowani, choć nie do ukrycia było nasze wyczerpanie. Jego powodem, twierdził zarówno pan i pani Hauptmann, było nasze „ciągłe ciśnienie”, konieczność tłumaczenia się, że z obiecanych trzech miesięcy pracy zrobiło się ich osiem! Oni jednak nie brali tego pod uwagę. Dzieło zostało ukończone i godnie ochrzczone. A zanim się pożegnaliśmy, pan domu dokonał wpisu w mojej księdze pamiątkowej:

 „Jak dwóch kartek obrócenie
Stało się holu ukończenie.

25 września [19]22 Gerhart Hauptmann”.