Dawna jadalnia, „serce” willi przez kilkadziesiąt lat, rozpoczynało swoje prawdziwe życie wieczorem, po kolacji. Niemal co dzień zbierało się niewielkie, kilkuosobowe towarzystwo zaprzyjaźnionych, bliskich pisarzowi osób, aby w luźnej, wesołej atmosferze (przy czym Gerhart Hauptmann nie tolerował palenia papierosów w pomieszczeniu, czemu musiała się podporządkować nawet Margareta) podyskutować o nowych utworach pana domu, o jego sztukach teatralnych, niemal bez przerwy wystawianych w wielu teatrach Europy, o ulubionych aktorach. A że Gerhart Hauptmann chętnie, jak wiadomo, spędzał wolny czas przy winie lub koniaku, także goście ochotnie krzepili się będącymi do dyspozycji dobrymi trunkami.
Pisarz nierzadko prezentował przy stole fragmenty swoich aktualnie pisanych utworów, bądź dawno już napisanych, ale z różnych powodów niewydanych lub dotychczas nie wystawionych. Niezwykle trudno jest przeważnie jednoznacznie określić, kiedy i gdzie powstał dany utwór, gdyż Gerhart Hauptmann często nie kończył danego dramatu czy prozy i odkładał jego ostateczne napisanie „na później”, rękopisy wówczas wędrowały do jego rzeźbionych szaf w dolnym gabinecie. Toteż niektóre utwory były Hauptmann pisał na przestrzeni wielu, nawet kilkudziesięciu lat, np. dramat Elektra rozpoczął pisać pod koniec XIX wieku, zaś ukończył dopiero w 1936 roku. Innym rodzajem trudności w określeniu miejsca powstania jakiegoś dzieła była okoliczność, że niejednokrotnie powstawało kilka, czasem znacznie różniących się od siebie, wersji. Dla przykładu: dramat Iphigenie in Aulis miał aż dziewięć wariantów.
Dla Gerharta Hauptmanna, lubiącego zarówno dobre, interesujące towarzystwo, jak i dobre czerwone wino, ulubioną marką był Ihringer Winklerberg Spätburgunder, wieczory i noce (nierzadko biesiadowano do godziny 1 czy 2 w nocy) przy stole w jadalnym pokoju były ważnym elementem jego nieprzerwanej edukacji kulturalnej (był przecież w dużym stopniu samoukiem), a także miernikiem poziomu i recepcji własnej twórczości. Nie można też pominąć stwierdzenia, że pisarz – jak bodaj większość twórców – był niewątpliwym egocentrykiem i chętnie słuchał prawionych mu, mniej lub bardziej szczerych, komplementów. Odwiedzający go ludzie teatru, pisarze, krytycy i historycy literatury, dziennikarze, a także przedstawiciele wielu innych „wolnych” zawodów, bez wątpienia stanowili (zwłaszcza w późniejszych latach, kiedy wiek nie pozwalał już na większą mobilność) potrzebny mu kontakt z aktualnymi tendencjami i wydarzeniami kulturalnego i politycznego świata.
Tekst: Krzysztof A. Kuczyński
***
CEREMONIAŁ PRZY STOLE
Fragment publikacji: Krzysztof A. Kuczyński, Wiesenstein. Tajemnice willi Gerharta Hauptmanna, Wydawnictwo Ad Rem, Jelenia Góra 2024 [rozdział: Ceremoniał przy stole, s. 95–97]
W tak wspaniałej rezydencji, jakim był „Wiesenstein”, stanowiący przez dziesięciolecia jeden z głównych, „prywatnych” ośrodków niemieckiej literatury i kultury, promieniujący dzięki pozycji karkonoskiego Noblisty nie tylko na jego śląską „małą” ojczyznę, ale na cały kraj i Europę, wszystkie elementy codziennego życia musiały być ściśle podporządkowane jednemu celowi: dawać świadectwo, że tutaj, w dolnośląskim Agnetendorf [Jagniątków], żyje wielki Gerhart Hauptmann, ikona niemieckiego społeczeństwa. Tak więc stylizowana po części na pałacyk willa, wypełniona cennymi dziełami sztuki, do której „pielgrzymowali” liczni, znani ludzie kultury, przemysłu i polityki, aby złożyć hołd „następcy” wielkiego Goethego, musiała także w różnych dziedzinach codziennego życia jej mieszkańców dawać świadectwo niemal „wielkopańskich” zasad i zwyczajów. Obok licznego personelu, nadzwyczaj eleganckiego „na co dzień” stylu życia, w tym ubioru pana i pani domu, czy wielomiesięcznych „zimowych” wyjazdów do Włoch, wymagana była (nieco sztuczna, mimo wszystko) etykieta podczas podawania i spożywania posiłków. Nieco sztuczna, gdyż jednak pamiętamy o pochodzeniu zarówno Gerharta, jak i Margarety, któremu to w obydwu przypadkach bardzo daleko było do wysokich sfer. [Por. m. in.: E. Glaeser, Die Ahnen Gerhart Hauptmanns (w:) Gerhart Hauptmann zum 80. Geburtstage am 15. November 1942, Breslau [1942]; K. A. Kuczyński, Od Maxa do Margarete Marschalk. Prolegomena do dziejów rodziny (drugiej) żony Gerharta Hauptmanna (w:) tenże, W kręgu Carla i Gerharta Hauptmannów, Jelenia Góra 2018]. Dopiero z czasem wielka kariera literacka pisarza umożliwiła jemu i jego (drugiej) rodzinie wspięcie się na wysoki poziom społecznej drabiny.
Owa „pokazowa etykieta” odnośnie posiłków rozpoczynała się w zasadzie od obiadu, jako że śniadanie – w zależności od pory roku – było spożywane w pokoju biedermeierowskim, albo na powietrzu: w ogrodzie nieopodal głównego wejścia schodami do willi, „pilnowanej” przez […] lwa z terakoty przywiezionego z Włoch, względnie na tarasie I piętra. Pisarz traktował ten pierwszy posiłek dnia (jedzony zazwyczaj tylko we dwójkę z Margaretą) ulgowo, tzn. często pojawiał się niezbyt kompletnie ubrany, choćby – prosto z porannego spaceru lub z kąpieli w ogrodowym stawie – odziany tylko w szlafrok lub zwykły, mocno sfatygowany strój, w którym lubił spędzać wczesne godziny ranne.
Natomiast wkrótce potem rozpoczynał się cały ceremoniał obiadowo-kolacyjny. Niektóre z pomieszczeń i udogodnień technicznych w budynku były przystosowane właśnie do tych celów. I tak np. dużych rozmiarów kuchnia w podziemiach była wyposażona w małą towarową windę, którą transportowano gotowe potrawy do niewielkiego, pomocniczego pokoiku na I piętrze (tuż obok pokoju jadalnego), bez potrzeby noszenia ich po schodach. Także koło górnej „stacji” windy była zamontowana specjalna rura głosowa, przez którą można było porozumieć się z personelem kuchni i np. wydawać odpowiednie polecenia. Czy takie polecenia „przez rurę” wypowiadała sama pani domu? Chyba niezwykle rzadko Margareta osobiście fatygowała się i schodziła do piwnicy, bowiem nawet Gerhart Hauptmann niejednokrotnie wzdychał: „Żeby pani doktorowa chociaż raz zechciała pojawić się w kuchni.” Sam zaś, jak wiemy, chętnie tam zaglądał i „dysponował” odpowiedni dobór dań, zwłaszcza przed spodziewanym przyjazdem ważnych gości, a których przecież w „Wiesenstein” nigdy nie brakowało. A może… bliskość piwniczki z winem powodowała częste wizyty pisarza „na dole”?
Ze wspomnień pokojówek zatrudnionych w willi wiemy, jak wyglądał ich dzień pracy. W godzinach przedpołudniowych dziewczęta nosiły niebieskie sukienki w białe paski, a także białe fartuszki, zaś od południa, kiedy zbliżała się pora obiadowa i należało „państwu” podawać do stołu, obowiązywały sukienki czarne […]. Na odpowiedni ubiór „personelu” uwagę zwracała zwłaszcza Margareta Hauptmann. Jedzenie, przywiezione z dolnej kuchni windą, było następnie – na cennej zastawie – rozstawiane na stole w pokoju jadalnym na parterze. Kolejne dania czekały na swoją „kolejkę” w służbowym pokoiku. Gospodarze domu, jak i nierzadko przebywający na „Wiesenstein” goście, byli zwoływani na posiłek – punktualnie o godzinie 13 – za pomocą dużego gongu, wiszącego w Hali Rajskiej. Margareta, mająca kłopoty ze wzrokiem, zazwyczaj prosiła o odczytanie jej z karty (!) przewidziane na dany dzień potrawy. Świadczyłoby to, że nie brała wcześniej udziału w dysponowaniu dziennego menu. Aby przyniesione zostały kolejne potrawy, zazwyczaj pani domu uruchamiała mały, ręczny dzwonek, na dźwięk którego z pokoiku służbowego natychmiast pojawiała się pokojówka. W przypadku udziału w posiłku szczególnie cenionych gości, do stołu podawał Fritz Fischer, ubrany w białą marynarkę i białe rękawiczki. On też w takich sytuacjach podawał alkohole. Do obiadu obowiązywał przynajmniej garnitur dla panów i elegancka kreacja dla pań. Jeszcze bardziej zaawansowana była etykieta „wieczorowa” (gong punktualnie o godzinie 20!), kiedy to panowie – z Gerhartem Hauptmannem włącznie – zobligowani byli pojawiać się w smokingu, panie zaś w szykownych, odpowiednich do pory toaletach […].